NIEJADEK - co robić
Leżę sobie na plaży, bo wiem że potrzebuję witaminy D, leżę i … obserwuję.
Przede mną mój kolega - zatroskany dziadek, biega i karmi dzieci kanapką.
Na początku wydaje mi się to nawet zabawne.
Dorosły facet biega to tu, to tam i wkłada do buzi kanapkę raz dwulatce, raz czterolatkowi.
Dzieci jedzą raczej niechętnie. Można nawet powiedzieć , że jedzą na siłę.
Dziadek, któremu córka zostawiła na wakacje dwójkę wnucząt, czuje się odpowiedzialny, cholernie odpowiedzialny.
Przecież dzieci muszą jeść!!!
Ale jest bardzo gorąco, ponad 30 stopni, dzieci jedzą opornie.
Biega zatem po całej plaży, wkładając do buzi każdego z wnucząt po kęsie, choćby małym.
Boi się, żeby dzieci nie chodziły głodne.
Znasz ten strach?
Ja leżę i wściekam się wewnętrznie, bo przecież te dzieci wrócą do domu, pójdą do przedszkola.
Kto tam będzie za nimi biegał i podkładał jedzenie pod nos?
Kto będzie cały czas pytał: zjadłeś? Nie zjadłeś? Jesteś głodny? Zjesz coś?
Widzę te starania, troskę, strach i obawę o zdrowie i przymus.
Sama byłam nadopiekuńcza matką i zrozumiałam to za późno.
Tym bardziej mnie to denerwuje i doprowadza do wściekłości.
To nadskakiwanie, karmienie wbrew woli … w końcu nie wytrzymuję.
Zwracam koledze uwagę, że takim zachowaniem pozwalamy by w dziecku narodził się bunt, złość wobec jedzenia.
Kształtują się w dziecku złe nawyki i utrwala się w nim brak samodzielności i brak troski o zaspakajanie własnych potrzeb.
A jako dorosły człowiek takie dziecko może mieć później zaburzenia związane z jedzeniem.
Ta historia ma jednak szczęśliwe zakończenie.
Czterolatek biegał, grał w piłkę, pływał.
Zgłodniał.
Wszyscy zgłodnieli.
Każdy z rodziny dostał bułkę. Jedna bułka dla babci, jedna bułka dla cioci i jedna bułka dla wnuka.
Wszyscy jedli samodzielnie.
Chłopiec też.